czwartek, 15 września 2011

Lil Wayne - The Carter IV


Sięgnąłem po ten album z czystej ciekawości. Jak się okazuje ta bywa zgubna. Dlaczego? zapyta ktoś. Uprzejmie wyjaśniam, niespecjalnie siląc się na obiektywizm - słuchanie tej płyty to strata czasu. Flaki z olejem. Nudy na pudy. Oto kwintesencja hip-hopu jakim go widzą "od wczoraj fani". Usypiające produkcje, znaczone gdzieniegdzie stopą, werble jakby stawiał je górnik po 3 dniówkach bez posiłku, jakieś pitu pitu na klawiszu i niedorobiony deklamator, który nie wiadomo jakim cudem miałby mieć charyzmę. Nie zauważyłby jej nawet gdyby przechodziła koło niego, nago i z wielką strzałką skierowaną na jej głowę. 
Jakim sposobem osoba posiadająca entuzjazm śniętej ryby osiąga tak oszałamiający sukces, podczas gdy pierwszy z brzegu Chamillionaire czy inny Rick Ross zjadają go nawet nie popijając? Tak roztomili, jeśli komuś należy tu oddać szacunek, to machinie promocyjnej, która winduje na szczyt takie, a nie inne jednostki (dla porządku - nie podważam roli promocji, wręcz przeciwnie, ale tutaj mamy do czynienia z ogromnym wykoślawieniem i załamaniem proporcji). Po czym kolejne media "detronizują" np. Jaya-Z i ogłaszają Weezy`ego nowym królem hip-hopu. Bez jaj... Ale, ale, są również dobre wiadomości. Chciałbyś sięgnąć po ten album, ale nie znasz języka Shakespeare`a? Nie martw się, ilość fucków, bitches i innego ścierwa jest taka, że znajomość angielskiego jest zupełnie zbyteczna... 
Nie dajmy sobie wmówić, że coś jest warte więcej, niż nam samym się wydaje. W tym wypadku król jest nagi. Po prostu.

Pyrsk ludkowie,
Elien.

1 komentarz:

olivia pisze...

lil wayne jest kiczem dla mnie jest mętny. Raper z lezka pod okiem i tyle;/